W poszukiwaniu złotego miasta

15.12.2011

 

O mitycznym El Dorado można myśleć na różne sposoby. Raz będzie przedstawiane jako symbol bogactwa, blasku i sławy, innym razem będzie synonimem nieuzasadnionego powodu krzywdzenia drugiego człowieka. Czasem będzie tożsame z fantastyczną przygodą, w której nie liczy się cel, a czasem będzie przestrogą dla poszukiwaczy przygód i każe się zastanowić, nad wartością tego celu

Czy spektakl wyreżyserowany przez Janusza Łagodzińskiego uniósł zobowiązania, jakie niesie podjęcie się motywu „raju utraconego"? Dramat „Eldorado" został wystawiony przez radomski Teatr Powszechny, a jego premiera odbyła się 9 grudnia, na scenie kameralnej.

Wystawiana sztuka jest realizacją tekstu Mariusa von Mayenburga. Autor na potrzeby napisania dramatu wyrwał z otaczającej nas społeczno-gospodarczej rzeczywistości momenty najbardziej krwiożercze i wyniszczające i na tak smutnym, niepokojącym tle, osadził zmagania bohaterów, którzy próbują sobie radzić z własnymi demonami.

Spektakl rozpoczyna multimedialna prezentacja zgiełku i zamieszek, jakie kojarzymy z telewizyjnych relacji ostatnich, bardzo burzliwych miesięcy. Głos narratora z egzaltacją, dokonuje porównań pola walki do „widoku ściętej głowy z perspektywy lotu ptaka". Stara się przedstawić to miejsce jako świetną lokalizację do podjęcia nowych inwestycji, bowiem wkrótce okazuje się, że film ten jest materiałem reklamowym. Narratorem prezentacji jest główny bohater dramatu - Anton (Arkadiusz Głogowski), agent nieruchomości, który stara się odnieść prywatny sukces na tym „polu minowym". Jak każdego „normalnego" mężczyznę motywuje go do tego własna żona Thekla, niespełniona pianistka (Agnieszka Wilkosz); spełnienie jej pragnień jest dla Antona celem najwyższym, przez co dokona czynu, który spowoduje lawinę autodestrukcji. Sfałszowanie podpisu szefa stanie się dla niego jednoznaczne z podpisaniem cyrografu z diabłem.
Postać Antona nie mogłaby się pojawić bez kontekstu pozostałych, wyraźnych charakterów, które są niezbędne dla wykreowania człowieka zupełnie pozbawionego osobowości, jakim niewątpliwie jest główny bohater. W spektaklu pojawia się zatem apodyktyczna matka Thekli (Joanna Jędrejek), jej prostacki kochanek (Wojciech Wachuda), Manuela, dążąca do perfekcji artystycznej przedstawicielka młodego pokolenia, uczennica Thekli (Karolina Michalik), a także gość z zaświatów - były szef głównego bohatera - Achenbrenner (Janusz Łagodziński). Zdawać by się mogło, że widz nie powinien mieć większego problemu z jednoznacznym określeniem i ocenieniem postaci pojawiających się w dramacie. Jest to jednak tylko pierwsze wrażenie. Wielowarstwowość odgrywanych ról skutecznie uniemożliwia ich końcową interpretację, w czym bez wątpienia swoją zasługę mają aktorzy. Ten brak możliwości finalnego sklasyfikowania postaci sugerować może, iż kreacje aktorskie mają oddać zapis dynamiki chwili spadania, w której nie można chwycić się niczego pewnego, by uniknąć upadku.
Trzeba przyznać, że warstwa akustyczna jest mocną stroną radomskiego spektaklu. Wzmacnia ona element niepokoju i wątpliwości jaki emanuje ze sceny. Groźne gitarowe riffy, poprzetykane muzyką Schumana i basowymi przerywnikami określają przestrzeń muzyczną spektaklu, wyznaczając zarazem oś odbioru realizacji sztuki.

Również scenograf dobrze spełnił swoje zadanie. Aluminiowe instalacje dzielą przestrzeń sceny, nakreślając ściany „nieautentycznego" domu, przypominającego akwarium oraz biura. Są zarazem tłem dla pojawiających się raz po raz filmowych prezentacji rebelii, które nie pozwalają zapomnieć, że relacja bohaterów zbudowana jest na schemacie wojny każdego z każdym.

Warto wspomnieć, że przedstawiona rzeczywistość nie jest homogenicznie mroczna. Niejednokrotnie pojawiają się refleksy nadziei i marzeń, które, choć naiwne, to wyraźnie przecinają substancję beznadziei, dzięki czemu dramat nie jest dla widza męczący. Całość stanowi zatem zdumiewającą syntezę idylli jaką pragną utrzymać kruche postacie głównych bohaterów i chaosu wojny toczącej się „gdzieś tam na dole".

Mimo zastosowania kilku niekoniecznie stosownych elementów groteskowych, czy wręcz farsowych - jak na przykład sztuczny „mięsień piwny" jednego z bohaterów, czy jeżdżąca po pokoju szafa, mająca na celu, jak sądzę, uzmysłowić widzowi nieuchronność szaleństwa głównego bohatera - całość można ocenić jako dobry przykład teatru dotykającego współczesnych problemów, z którymi każdy z nas może się zderzyć. Doświadczyć zatem możemy refleksyjnego przebudzenia stawiając sobie pytanie odnośnie do ewentualnie własnej postawy w poszukiwaniu osobistego El Dorado.

 

Krzysztof Aplik
Dziennik Teatralny
15 grudnia 2011