Wiedza, władza i Sokrates

11.02.2011

 

Rzucisz w towarzystwie: "chodźmy na Sokratesa do Powszechnego", pomyślą - nuda. Przy całym szacunku dla myśli filozoficznej starożytności, kto rozsądny chciałby słuchać sokratejskich wywodów na temat koncepcji człowieka, prawa, demokracji? To, co dobre dla akademików, niekoniecznie musi okazać się przyjemne dla mniej wyrafinowanego podniebienia. Wtedy uśmiechniesz się tajemniczo pod nosem, bo ty swoje wiesz: "Ostatnia noc Sokratesa" grana na deskach radomskiego teatru nie jest nużąco-usypiającą, przyciężkawą sztuczką

Choć niewątpliwie w ruch poszły „Dialogi" Platona, Stefan Canew potrafił stworzyć naprawdę zgrabną opowieść o filozofie i strażniku. Natomiast Jarosław Rabenda, reżyser spektaklu, wyeksponował to, co w tym utworze najważniejsze - nie brakuje ani inteligentnego dowcipu, ani głębszych prawd życiowych.

Konstrukcja „Ostatniej nocy Sokratesa" jest maksymalnie prosta, a zarazem finezyjna w swojej prostocie. Widz na półtorej godziny przenosi się do ateńskiego więzienia wg projektu Bożeny Kostrzewskiej. Kraty przypominają pajęczą sieć. Z lewej strony sceny widać kamienną ścianę z wtopionymi czaszkami. Na publiczność spoglądają gipsowe głowy, jak się później okaże, strażnik więzienny uwiecznia w ten sposób ludzi przed kaźnią. Po prawej na postumencie stoi elegancki kielich z cykutą, która sprowadza na człowieka śmierć lekką i prawie niezauważalną.

Za kratami znajduje się skazany filozof, który w byle jakim ubraniu leży na łóżku i usiłuje doczekać świtu (w tej roli Włodzimierz Mancewicz). Spać nie pozwala mu strażnik (Jarosław Rabenda) - nie może pozwolić, by Sokrates zmarnotrawił ostatnią noc swojego niespokojnego żywota. Zdając z niej relację w jakimś pamiętniku albo spisanych wspomnieniach, zarobi ładny grosz, bo przecież lud uwielbia karmić się takimi historiami. Nic dziwnego więc, że strażnik stara się usilnie zachęcić Sokratesa do rozmowy. Nie przypuszcza, jak prędko role się odwrócą, że filozof zyska nad nim przewagę, siejąc zamęt w jego głowie w trakcie rozważań o istocie świata i życia w społeczeństwie...

Jeśli chodzi o plan akcji, to w całej sztuce dzieje się niewiele więcej, jeśli pominąć wątek Ksantypy, która dwukrotnie wpada do więzienia w celu ratowania Sokratesa. Chociaż sceny z udziałem żony jak z sennego koszmaru są bez wątpienia zabawne, czasem absurdalne do granic, to jednak wszystko, co ważne w tym spektaklu, rozgrywa się na płaszczyźnie słowa i w relacji między dwoma walczącymi ze sobą mężczyznami. Filozof i strażnik co rusz pokazują inne oblicze - jak wszyscy na tym świecie mają swoje słabostki, śmieszne uprzedzenia, a jednocześnie przeżywają całkiem poważne lęki i niepokoje związane z własną egzystencją. Państwowe więzienie, ograniczone przestrzennie, planowo zorganizowane jest tak naprawdę niczym w porównaniu z wewnętrznym skrępowaniem. Jakbyśmy słyszeli zza grobu głos Kafki - więzienie jest we mnie. Kto wie, może to jedna z fikcji, które oplatają człowieka jak sieć pajęcza.

Fikcyjność, umowność nazywania, złudzenia optyczno-społeczne... Problematyka osnuta wokół tych pojęć stanowi jeden z najciekawszych wątków poruszonych na scenie. Sokrates bezlitośnie, z bezwzględną logiką dlań charakterystyczną udowadnia strażnikowi, jak bardzo relatywne jest postrzeganie rzeczywistości w zależności od przyjętego punktu widzenia. Którego z nich można uznać za więźnia? Strażnik przecież znajduje się za kratami podobnie jak Sokrates, nie może wyjść z podziemi jak Sokrates, a do podziemi wepchnęła ich siła większa niż oni sami. Dlaczego nie pójść krok dalej - i nie okraść filozofa z imienia poprzez prostą zamianę miejsc? Okazuje się, że to, kim człowiek faktycznie jest, determinuje zbiór przypadkowych okoliczności, wyobrażeń równie obiektywnych, jak i pozornych.

Zbigniew Wieczorek w recenzji „Ostatniej nocy Sokratesa" z przekąsem stwierdził, że „sztuka bułgarskiego dramaturga Stefana Canewa zdaje się być trochę odgrzewanym daniem dla dzisiejszej publiczności. Jeszcze kilkanaście lat temu, stawiając pierwsze kroki w demokracji, mogliśmy poczuć dreszczyk emocji przy kwestiach Strażnika i Sokratesa." Istotnie, kiedy lubi się dostrzegać wyłącznie łopatologicznie wyłożone podobieństwa między tekstem kultury a rzeczywistością, taki sąd dotyczący sztuki Canewa znajdzie rację bytu - dziś politycznych więzień już nie ma, więc najprostszy kontekst interpretacyjny i symboliczny diabli wzięli.

Wystarczy jednak pokusić się o przeczytanie jednej z najważniejszych książek współczesnej humanistyki - „Nadzorować i karać. Narodziny więzienia" Michela Foucaulta - aby pojąć, że trudno o bardziej aktualny temat niż relacja wiedza-władza a jednostka (zbiorowość). Francuski filozof nakreślił dość czarny obraz współczesnych i minionych społeczeństw, ujętych w kleszcze nadzoru, nad którym czuwa nieokreślone, rozproszona, nienamacalna Władza. Czai się wszędzie: w więzieniu, szpitalu, szkole, wojsku... Wszyscy żyjemy w eleganckim, czyściutkim Panoptikonie wg projektu Jeremy'ego Benthama, pilnowani i karani od narodzin aż do śmierci.

W tym kontekście spektakl wydaje się do bólu aktualny, nowoczesny, doskonale wpisujący się w aktualny dyskurs kulturowy. Ale nawet bez tej podkładki z dzieła Foucaulta oglądanie „Ostatniej nocy Sokratesa" dostarcza prawdziwej przyjemności intelektualnej i estetycznej. Aktorzy stworzyli naprawdę barwne, przekonujące kreacje, które na długo zapadają w pamięć. Włodzimierzowi Mancewiczowi udało się połączyć wielkość i zwyczajność w osobie Sokratesa: pokazuje, jak różne są wyobrażenia na temat autorytetów od rzeczywistości. Natomiast Jarosław Rabenda staje się symbolem sfrustrowanego człowieka, któremu brutalnie rozminęło się życie oraz oczekiwania wobec życia. Trochę bezradnego i zagubionego w świecie, nieco przebiegłego i sprytnego. Aktor przez niecałe półtorej godziny odgrywa wiele różnych ról, a wszystkie składają się na tę jedną, wielowymiarową postać.

Świadomość, że na deskach polskich teatrów wystawia się spektakle takie jak „Ostatnia noc Sokratesa", jest ze wszech miar budująca. To udowadnia, że można mądrze czerpać ze wspólnego dziedzictwa kulturowego, nie próbując go na siłę kompromitować czy karykaturować oraz, że w Teatrze Powszechnym w Radomiu mają spore zaufanie do widza, jeśli chodzi o jego inteligencję i wrażliwość.

 

Monika Wycykał
Dziennik Teatralny
11 lutego 2011

Informacja o cookies
Korzystamy z plików cookies w celach statystycznych i umożliwienia funkcjonowania serwisu.
Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę.
Informacje o możliwości zmiany ustawień cookies »
Zgadzam się, zamknij X