Wielki Gombro w dzielnym Grabo

10.12.2012

 

Dawno już Mikołaj Grabowski nie miał takiej passy.

Nagroda specjalna "Teatru", laury na festiwalu gombrowiczowskim, pięć świetnie przyjętych premier w dwa lata, ostatnia - "Wspomnienia polskie" odbyła się w Radomiu ledwie tydzień temu. Siedziałem na widowni Łaźni Nowej na gościnnych pokazach jego warszawskich "Dzienników" - Teatr Imka zagrał jednego dnia dwa spektakle dla ponad tysiąca osób - i zastanawiałem się, dla kogo przyszedł tu ten tłum: dla Karolaka i Cieleckiej czy Gombrowicza i Grabowskiego?

"Dzienniki" i "Wspomnienia polskie" przyrządził reżyser wedle tej samej receptury, to powrót do stylistyki wypróbowanej po wielokroć, ale wciąż nośnej. Oto niedramatyczny tekst wypowiada tu i teraz grupa aktorów, a może po prostu banda przyjaciół. Zapiski Gombrowicza zostają przełożone na oratorskie popisy i wyścigi artykulacyjne, zbiorowe podawanie tekstu pociętego na paski, wersy, sylaby, rozbłyski scenek kreowanych ad hoc przez sceniczną gromadę. Grabowski grzebie w Gombrowiczu jak w przepastnej kieszeni i wyciąga z niej zawieruszone dawno temu monety, błyskotki, karteczki ze złotymi myślami. Bohaterami i narratorami "Dziennika" jest siódemka aktorów i wokalistka, każdy z nich to inne wcielenie, rozszczepione osobowości Witolda. Siedem razy "ja".

Z kolei we "Wspomnieniach" to "ja wielokrotne" zostaje skontrowane "ja" Gombrowicza zapisanym w innych. Siedmiu radomskich teatralnych opowiadaczy to pisarz przejmujący role krewnych, odnajdujący się w ciotkach i kuzynach. Stwarza to wrażenie jakby bohaterem przedstawienia był nie on, emigrant, lecz jego rodzina, która została w kraju. W zbudowanym na scenie myśliwskim przedwojennym saloniku mierzy się z tezami i wspomnieniami Witolda. W "Dziennikach" gromadka aktorów jest w nieustannym ruchu, wchodzi i schodzi ze sceny. We "Wspomnieniach" aktorzy opadają na fotele, krzesła, stołki. Ich siedzenie i czekanie na swoją kolej przypomina groteskowy heroizm trwania w przeszłości, mimo że bezpowrotnie przeminęła. O inności premier warszawskiej i radomskiej decydują niuanse, zmienione akcenty. "Dzienniki" są o konsekwencjach zerwania artysty z gustem zbiorowym i myśleniem stadnym. "Wspomnienia" wyjaśniają przyczyny tego zerwania. W "Dziennikach" Grabowski pokazywał, jak Gombrowicz rozprawia się z zakonserwowaną, wampirycznie żywą Polską, by zająć się tym, co najważniejsze - mrokami egzystencji, bólem, strachem, pożądaniem i śmiercią. We "Wspomnieniach" reżyser rekonstruuje Polskę oraz myślenie o Polsce zapamiętane przez jednostkę i znikające wraz z nią. Radomski spektakl zaczyna się relacją o podróży pociągiem z wujem, który grozi rewolwerem współpasażerom w przedziale, a kończy testem gombrowiczowskiej wszechmocy podczas burzy w Argentynie. Młody Witold wstydzi się, że jedzie z wariatem, uosabiającym wszelkie polskie, rodzinne i klasowe fiksacje i głupoty. Potem metafora wariactwa ogarnia stopniowo cały przedwojenny kraj: szkoły, urzędy, salony artystyczne, z kulminacją w scenie pogrzebu Piłsudskiego. Przedstawienie kończy gest podnoszenia i opuszczania ręki przez artystę, testującego, czy to za jego sprawą burza ucicha i wzmaga się na powrót. Niepoważny test na Boga i demiurga czy może wariactwo, które dopadło Gombrowicza z innej niż się spodziewał strony. Ostatnia scena fenomenalnie rozdokazywanego radomskiego spektaklu mogłaby być pierwszą warszawskiego.

Więc skąd ten renesans metody inscenizacyjnej Grabowskiego i jego przymierza z polską widownią? Jego teatr zawsze odżywał w czasie przełomu i kryzysu. Kiedy wokół wrze albo tylko straszą nas niepewnym jutrem, wraca się do rodziny, przeszłości; szukamy jakichkolwiek fundamentów i trzymamy się w kupie. A Grabowski jest od tego, żeby z pomocą Gombrowicza sprawdzić, co to za "kupa" i jaki grozi nam rodzaj uścisku. Gombrowicz zostaje przez Grabowskiego niejako ucywilizowany i "upożyteczniony", najdobitniej wybrzmiewa w prostych przykazaniach. Artysta stwarza sam siebie, bo niby z czego ma powstać? Rodzina jest straszna, ale dobrze, że jest. Dojrzewanie to pasmo udręk i kompromitacji, dopiero zmieniając je w literaturę można zrozumieć ich sens. Polska to wstyd i zmora, ale innej nie mamy, nauczmy się z nią żyć.

Do teatru Grabowskiego chodzi się po to, żeby ktoś powiedział nam to głośno.


Łukasz Drewniak
„Dziennik Polski"
29.10.2012