Wyjątkowe walentynki

29.01.2015

 

Wielu kojarzy 14 lutego z walentynkami. Jednak dla równie licznej grupy wiąże się on z wszechotaczającym kiczem. W tym roku zespół Teatru Powszechnego postanowił zadbać o przyjemną odmianę i właśnie na ten dzień została zaplanowana premiera „Szklanej menażerii" Tennesse'ego Williamsa w reżyserii Katarzyny Deszcz - sztuki poruszającej, mądrej... sztuki o życiu.


Agnieszka Wojciechowska: Żyjemy w czasach, w których dyskusja o rodzinie dysfunkcyjnej, o rozpadzie rodziny odbywa się na bieżąco. „Szklana menażeria" doskonale wpisuje się w ten dyskurs, bo nie dość, że widzimy rodzinę dysfunkcyjną właśnie, to jeszcze do tego niepełną. To była motywacja do wyboru tego tekstu?

Katarzyna Deszcz: Tak, ale zacznijmy od tego, że to jest po prostu dobra sztuka. Relacje między ludźmi, reguły ich funkcjonowania, współistnienia, ścierania się - ten mechanizm udało się Williamsowi po prostu fenomenalnie zapisać, a Jackowi Poniedziałkowi znakomicie przetłumaczyć. Tak, jak Pani powiedziała - to jest rodzina dysfunkcyjna. Samotna matka dwójki dorosłych już dzieci. Ojciec, którego nie ma, bo porzucił rodzinę. Córka, która w minimalnym stopniu jest niepełnosprawna, ale jednak jest. Syn, który utrzymuje dom. Tutaj naprawdę nie trzeba naginać sytuacji do żadnej współczesności. Matka zajmuje się telemarketingiem, syn z ambicjami poety pracuje w hurtowni butów, a córka próbuje znaleźć swoje miejsce, a tak naprawdę nigdy nic nie robiła, nikt nie chce jej zatrudnić ani ona nie ma siły o to walczyć. Myślę, że jest cała masa podobnych rodzin. Mało tego - rzecz dzieje się co prawda w realiach amerykańskich, ale w okresie wielkiego kryzysu, czyli rozpaczliwego szukania pracy, braku pomocy samotnym matkom itp. Proszę mi powiedzieć: czy jesteśmy daleko od współczesności?

Jesteśmy bardzo blisko. Nawet kryzys się zgadza. Co szczególnego jest w tym tekście?

Jednym z elementów ogromnie go wyróżniających spośród tekstów o podobnej tematyce, jest bardzo precyzyjne zwrócenie przez autora uwagi na to, że pamięć ludzka jest wybiórcza. Zdarzenia są opisywane retrospektywnie przez głównego bohatera, czyli Toma, syna Amandy i brata Laury. W swoim pierwszym monologu mówi wprost, że ta sztuka jest pamięcią. Tym, co mnie ogromnie intryguje w tym tekście i tym, nad czym pracujemy, jest nie tyle opowiedzenie historii, ale pokazanie, jak działa ludzka pamięć. Co innego pamięta Amanda, co innego Laura, a co innego Tom.

Czyli następuje konfrontacja wspomnień, pamięci każdego z bohaterów?


Coś w tym rodzaju, tyle że nie odbywa się to na zasadzie kto ma rację. To jest napięcie, konflikt, wzajemne zrozumienie bądź niezrozumienie na przecięciu się tych różnych postrzegań. I nawet jeśli my się cofamy w czas rzeczywisty, czyli to co opowiada główny bohater nagle dzieje się tu i teraz, to dzieje się inaczej dla matki, a inaczej dla córki, a nawet jeśli dzieje się tak samo, to coś zupełnie innego znaczy. Myślę, że każdy z nas ma to doświadczenie, że kiedy dwie osoby opowiadają pewne zdarzenie, to pamiętają je zupełnie inaczej.

Trudno o obiektywizm, jeśli odnosimy się do swojego życia.

Nie ma go, w znaczeniu indywidualnym nie ma obiektywizmu. Jak u Williamsa, gdzie w wypadku czterech wrażliwych, inteligentnych i chcących dobrze osób, nie ma jednej prawdy i nie ma jednego postrzegania. Tak funkcjonują nasza pamięć, umysł, emocje - pamięć działa selektywnie i wybiórczo, zaś emocje bardzo często życzeniowo.

A może ta obiektywna prawda powstaje, kiedy widzimy trzy interpretacje, relacje przeszłości? Może leży gdzieś po środku?

Tak, tylko ten środek nikomu do szczęścia nie jest potrzebny, bo każdy żyje swoją prawdą. Właśnie o to chodzi. Nie interesuje mnie, żeby powiedzieć: prawda była taka. Komu to służy?

Wydaje mi się, że to odcięłoby impuls, który ma być wysłany do widza - do zastanowienia, interpretacji.

Właśnie. Ja nie chcę dążyć do kropki nad i. Widzimy dziewczynę, która z jakichś powodów jest taka, zrobiła coś, czegoś się wstydziła albo nie, z czegoś wyrosła. Ktoś inny postrzega ją jako zakompleksioną, biedną, kaleką, której trzeba pomagać. A może ona wcale tej pomocy nie chce.

Jest w tej sztuce główny bohater - Tom. Skupia się Pani przede wszystkim na nim, czy postaciom jest poświęcona mniej więcej ta sama uwaga?

Raczej ta sama, choć dla mnie niezwykle przejmującą jest postać matki. W pierwszym odczytaniu jest głupią kwoką, która się czepia. A ja nie widzę w niej nic komicznego, głupiego czy prostackiego. To bardzo ciężko pracująca, wrażliwa, poraniona przez życie kobieta, która robi wszystko, żeby jej dzieciom było jak najlepiej

Ona żyje przeszłością, wspomnieniami.

Tak, ona siebie zakłamuje, ale w takim samym stopniu zakłamuje siebie Laura, Tom. Tylko każde z nich na inny temat.

Laura chyba na temat kalectwa, tego, jak świat ją odbiera przez to w gruncie rzeczy minimalne upośledzenie. To wszystko powoduje, że ona się ze świata wycofuje.

A co by Pani powiedziała na tezę, że Laura jest nieprawdopodobną egoistką, która wykorzystuje swoje kalectwo, żeby nic nie robić?

Myślę, że to interpretacja, która może się spotkać z oburzeniem wielu osób, ale jednocześnie to chyba sytuacja w życiu nierzadka, po prostu wygodna. Co więcej, wydaje się, że Tom jest obciążony odpowiedzialnością za Laurę.

Jest, właściwie nie wolno mu żyć, nie wolno mu iść samemu, póki Laura nie znajdzie męża, Matka obarcza młodego chłopaka obowiązkiem utrzymywania siebie i siostry, zastąpienia ojca. Niestety te powinności, również emocjonalne, nie idą w parze z przywilejami należnymi głowie rodziny.

Ale jednocześnie on próbuje się jakoś wycofać z tej sytuacji.

Po prostu ucieka. Można powiedzieć, że Tom jest okropny i zostawił je na pastwę losu. Natomiast gdyby troszeczkę inaczej ustawić proporcje, w trochę innym kontekście, to można tu zobaczyć tak bardzo współczesne stosowanie się do zasady żyj swoim życiem, idź do przodu, nie obarczaj się innymi. Właśnie na tym polega fenomen tej sztuki, że nie zmieniając faktów, nie zmieniając opowieści, można, słysząc te same słowa, zobaczyć zupełnie inną sytuację.

To smutna sztuka. Pod koniec pojawia się jaśniejsza chwila, kiedy Laura z Jimem przeżywa kilka wspólnych chwil, jest nadzieja na zmianę pozytywną, ale tak naprawdę ten moment, kiedy oni tańczą, kiedy są razem, powoduje, że wszystko, co się dzieje potem, jest jeszcze bardziej ponure.

Dokładnie. Jest coś takiego w konstrukcji tej sztuki, że jaśniejszy punkt, jest natychmiast skontrapunktowany przez coś wręcz przeciwnego. I tutaj znowu to wygląda różnie w wypadku różnych bohaterów. Na przykład dla matki lepszym momentem jest wiadomość, że do córki przyjdzie chłopak, reaguje, szalejąc z radości. Natomiast w Tomie stan matki wzbudza przerażenie. Przecież on wie, że zaproszenie kogoś na kolacje niewiele znaczy, a matka traktuje jako pewnik, to że Jim zwiąże się z Laurą. Amanda podąża za swoją tęsknotą i marzeniem, ale to nie jest tęsknota egoistyczna, bo przecież nie chce tego chłopaka dla siebie, ale dla córki. Dlaczego w takim razie opowiadać o Amandzie jako o idiotce i złej matce.

Teraz tak pomyślałam, że Jim właściwie nie jest przyjacielem Toma. To tylko znajomy i to właśnie jemu zwierza się z tego, że chce wyjechać.

To świadczy o potwornej samotności Toma. Poza tym to wyznanie ma głębszy sens. Czasem nazwanie czegoś jest dokonaniem tego. Na przykład niektórzy ludzie mają obawy przed nazwaniem choroby rakiem, bo mają poczucie, że jak już to zrobią, to ona zaistnieje. Myślę, że u Toma zadziałał podobny mechanizm - chciał przez wypowiedzenie tego marzenia, już go dokonać.

Z jakimi wrażeniami widz powinien opuszczać teatr?


Chciałabym, żeby po prostu w którejś z tych postaci zobaczył siebie, mechanizmy swoich zachowań, których wcześniej nie był świadomy. Tak jak ja, wgryzając się coraz bardziej w tę sztukę, dostrzegam pewne mechanizmy czy zachowania z mojego życia, w relacji z moimi dziećmi, ale też kiedyś z moimi rodzicami - jedne mnie śmieszą, inne bolą. Teatr ma być zwierciadłem, mamy się w nim przeglądać, mamy w nim rozpoznać siebie, nie dosłownie nie identycznie, ale mamy poczuć, że my też czasem bywamy tacy, jak postaci na scenie, choć niekoniecznie ze złej woli. Tak po prostu jest.

AW: Czuję, że dla mnie to będzie sztuka jak „Kształt rzeczy" czy „Skrzypek na dachu", czyli taka, którą obejrzę nie raz.


KD: Mam wielką nadzieję, że tak będzie.

Agnieszka Wojciechowska
"OK!Magazyn", styczeń 2015