Zapach rosyjskiej prowincji

05.12.2011



Pozornie w "Wujaszku Wani" dzieje się niewiele. Ot, ktoś przyjechał do dworku na prowincji, trochę namieszał, lecz przecież zaraz wyjechał... A domowe pielesze - jak przed laty, tak i teraz, i zapewne w przyszłości - niepostrzeżenie, lecz systematycznie będzie pokrywać coraz grubsza warstwa kurzu. Wszystko to - tylko pozory. Bo w ludzkich wnętrzach co pewien czas otwierają się rany, które nieprzerwanie krwawią, aż do momentu, gdy człowiek całkiem opadnie z sił, albo i jeszcze dalej, do samego końca... Dlatego też "Wujaszek Wania" Teatru Powszechnego w Radomiu to przede wszystkim przejmujące studium charakterów, które litewski reżyser Linas Marijus Zaikauskas obudowuje w tło zakurzonej, pachnącej melancholijną jesienią rosyjskiej prowincji

W majątku ziemskim, gdzie urzęduje tytułowy Wujaszek Wania, życie biegnie spokojnym, od wieków ustalonym rytmem, którego ramy wyznaczają czas pracy i odpoczynku. Nikt nie zagląda na tę głuchą prowincję, nikt z niej też nie wyjeżdża w poszukiwaniu egzotycznych przygód... Czasami wpadnie co najwyżej doktor Astrow, żeby spotkać się z Nianią, wychylić kilka głębszych i przy okazji ponarzekać na jałowość swej egzystencji. Jednak pewnego dnia monotonia wiejskiej codzienności zostaje gwałtownie zburzona, gdy do majątku przybywa profesor Aleksander Sieriebriakow - który jest nie tylko szwagrem Wani, lecz przede wszystkim jego intelektualnym mentorem, prawdziwym guru z lat młodzieńczych - wraz ze swą piękną (i sporo młodszą) żona Heleną.

Myliłby się jednak ten, kto przypuszcza, że wizyta naukowca i jego nadobnej połowicy wprowadzi powiew nowego życia w progi tego szacownego domu, że wymiecie z niego stagnację i marazm, które od lat stopniowo gromadzą się w kątach i coraz grubszą powłoką powlekają nie tylko przedmioty, lecz także dusze ludzkie. Dzieje się bowiem coś całkowicie innego. Owszem, małżeństwo Sieriebriakowów burzy dotychczasowy porządek, lecz nie konstruuje na jego miejsce niczego nowego. Przeciwnie - nastały wraz z ich pojawieniem się chaos tylko potęguje apatię i melancholię.

Prym w tym rozprężającym i na swój sposób destrukcyjnym działaniu wiedzie Helena. W radomskim spektaklu żona profesora (w tej roli Honorata Witańska) nosi w sobie wyraźne rysy klasycznej famme fatale, dla której traci głowę niemalże cała męska część dworku. To groźna modliszka, która zdaje się pożerać kawałek duszy każdego ze swych adoratorów, przebiegła „pajęczyca", rozsnuwająca sieć kobiecych wdzięków, sącząca jad niepewności i smutku w umysły swych ofiar. Ale jednocześnie jest także małą rozkapryszoną dziewczynką i do głębi nieszczęśliwą kobietą. Jej życie wydaje się pozbawione jakiekolwiek głębszego sensu, a ona sama w swym działaniu jest nie tyle świadomie bezwzględna, co raczej śmiertelnie... znudzona. Właśnie na bolesnym rozłamie między ciągłym poszukiwaniem emocjonalnych bodźców a rzeczywistością pełną stagnacji i pustki zasadza się głęboki tragizm i złożoność tej postaci, które sprawiają, że ta - w gruncie rzeczy drugorzędna - rola, w inscenizacji radomskiej wysuwa się na plan pierwszy, dyskredytując nawet tytułowego wujaszka Wanię (w tej roli Stanisław Biczysko). Bo ten, choć także cierpi w swej bezsilności i tęsknocie za bezpowrotnie straconą młodością, to w porównaniu z Heleną - subtelną i dramatyczną, spokojną w swym wewnętrznym krzyku, złaknioną czułości i okrutną jednocześnie - jawi się jako zwykły histeryk.

W programie teatralnym do spektaklu reżyser dzieli się z nami spostrzeżeniami, co do istoty dramaturgii Czechowa: „Czechow jest jak Szekspir. Jego sztuki się nie starzeją, bo mówią o sprawach zawsze aktualnych: o miłości, nienawiści, niezaspokojonej tęsknocie, nieumiejętności przystosowania się do życia. Czasy się zmieniają cywilizacja idzie do przodu, lecz człowiek pozostaje taki sam". Czy radomska inscenizacja potwierdza te teorie? Zdecydowanie tak, chociaż - nie ma co ukrywać - w tym wypadku zależy to przede wszystkim od samego Czechowa, a dopiero w dalszej kolejności od reżysera. O ile realia XIX-wiecznej wsi rosyjskiej niekoniecznie muszą spotykać się ze zrozumieniem współczesnej publiczności, o tyle problemy każdego z bohaterów z powodzeniem mogą znaleźć swoje odzwierciedlenie w ich duszach i umysłach. Życiowa frustracja, niemożność odnalezienia sensu w życiu, wszechogarniająca nuda i jałowość egzystencji, wreszcie dojmująca tęsknota za tym, co bezpowrotnie straciliśmy, dziś wydają się problemami ciągle (a może nawet bardziej!) aktualnymi.

Chociaż „Wujaszek..." pozostaje przede wszystkim spektaklem aktorskim, to dużą rolę odgrywa tutaj także scenografia (autorstwa Bożeny Kostrzewskiej), która świetnie wprowadza widza w klimat nostalgii i swoistego zawieszania w czasie i przestrzeni. Stanowiąc dobre tło dla poczynań aktorów, jednocześnie przywodzi na myśl impresjonistyczne obrazy, przepełnione dymem i subtelną grą świateł, dodatkowo jeszcze pokryte patyną w odcieniach sepii. Są w tym spektaklu chwile, które chciałoby się uchwycić na kliszy, a potem rozsyłać jako pocztówki... nie tylko z rosyjskiej prowincji, lecz także z przeszłości, z naszych tęsknot i jesiennych wieczorów pełnych mgły.

Radomski „Wujaszek Wania" nie jest jednak spektaklem głęboko depresyjnym, po którym świat wydaje się nabierać dodatkowych odcieni czerni. Fakt, nie polecam go nikomu, kto w długie jesienne wieczory chciałby się rozerwać i zapomnieć o szarudze za oknem, ale wszyscy, którym w duszy gra muzyka listopadowego deszczu dzwoniącego o szyby, będzie mógł zanurzyć się zarówno w radościach, jak i smutkach tego spektaklu. Nie czerń to bowiem, lecz delikatny pejzaż błękitów, szarości i brązów, z promieniem słońca i grzmotem jednocześnie.

Magdalena Iwańska
Dziennik Teatralny
18 listopada 2011