Zaproszenie do "Cabaretu"

27.02.2015


„Money, money..." - tę piosenkę zna chyba każdy, nawet ten, kto nie widział słynnego oscarowego filmu. Od ostatniego weekendu marca na deskach Teatru Powszechnego będzie można oglądać „Cabaret". Zapowiada się doskonały spektakl muzyczny. O przygotowaniach do premiery opowiedział reżyser Waldemar Zawodziński.


Kto wybrał ten właśnie tytuł?

Podczas rozmów z dyrektorem teatru podałem kilka tytułów, które są dla mnie ważne, intrygujące, pociągające, lecz to, co mnie interesuje, musiało również zaciekawić dyrektora. W toku wielu spotkań zdecydowaliśmy się właśnie na „Cabaret". To w swoim gatunku niekwestionowane arcydzieło.

Film z Lizą Minelli to ponadczasowy hit. Miał Pan jakieś obawy przed rozpoczęciem tej realizacji, czy spektakl nie będzie porównywany do ekranizacji?

Nie ma takiego problemu, bo musical jest autonomiczny i naszą aspiracją nie jest próba odtworzenia filmowego hitu. Zresztą fabuła musicalu znacznie różni się od scenariusza filmowego, a my jesteśmy wierni oryginałowi. Przy całym szacunku dla filmu - staramy się nie być niewolnikami, skądinąd znakomitych, kreacji filmowych, ale stworzyć własny sceniczny świat. Materiał jest tak bogaty i tak barwny, że wartością tej inscenizacji powinna być nasza próba zbudowania scenicznej opowieści. W tym musicalu jest szczególny urodzaj - co utwór to można śmiało powiedzieć hit, są znakomite aranżacje, z ogromnym wyczuciem stylizowane na przedwojenny niemiecki kabaret. Praca nad tym musicalem daje duże możliwości, a przede wszystkim ogromną radość.

Czy zobaczymy na scenie blichtr, rozmach, z którymi kabaret może się kojarzyć?

Kabaret nie jest rewią. Może posiłkować się różnymi typami widowisk, natomiast nie chodzi o to, żeby oczarować piórami jak w rewii. Kabaret to gatunek, który może absorbować burleskę, klaunadę, farsę, wodewil, śpiewogrę, elementy rewii - jest gatunkiem bezczelnie zachłannym: jeśli potrzebuje, to bierze. Ale kabaret najprościej zdefiniować jako gatunek, który w cudowny sposób łączy humor, satyrę, często rubaszną i dosadną, z erotyką i liryką. Ale żeby nie brnąć dalej w dywagacje stylistyczne, „Cabaret" to musical, który przywołał formę kabaretu. Strona widowiskowa, choć niezmiernie ważna, nie jest wartością samą w sobie. Mam nadzieję, że w „Cabarecie" uda nam się stworzyć klimat tamtego świata, w pewnej mierze korespondujący z niepokojami, które towarzyszą nam dzisiaj, że świat wcale nie jest taki stabilny, jak pozornie się wydaje. Jednak przede wszystkim „Cabaret" ma zachwycić, bawić, wzruszać.

W spektaklu usłyszymy ponad dwadzieścia piosenek, z których znaczna część angażuje większość zespołu. Tylko kilka utworów ma bardziej kameralny charakter.

Koncentrujemy się przede wszystkim na tym, aby stworzyć widowisko w pełni musicalowe. Muzyka jest praktycznie wszechobecna, staje się nawet tłem dla scen dialogowych, mówionych. To dzięki niej cały czas czujemy puls kabaretu.

Wszystko dzieje się w Berlinie lat 30-tych XX wieku. Czy ta międzywojenna rzeczywistość będzie zrozumiała dla współczesnego widza?

Treść kabaretu świetnie koresponduje z naszą współczesnością, która zaczyna wszystkich niepokoić. Podobieństwo jest na przede wszystkim w takim właśnie nastrojeniu świata. Akcja „Cabaretu" dzieje się między jedną a drugą wojną - Europa jest poraniona, ale czy mądrzejsza o tragiczne doświadczenia? Jeszcze nie zbudowała się rzeczywistość dająca poczucie stabilizacji, a już na nowo zaczyna kłębić się coś niepokojącego. To jest właśnie ten moment.

Jakie jest to znajdujące się na rozstaju miasto?

To absolutnie niezwykłe miejsce, tygiel kulturowy. Można śmiało powiedzieć, że to miasto osobliwie magnetyczne dla twórców, dla całej awangardy. Miasto otwarte, inspirujące, w którym jednocześnie wyczuwa się klimat narastającej katastrofy. Jest w nim coś usidlającego. Ma ono moc wabienia i unicestwienia, czego przykładem jest główna bohaterka, Sally, która z tej matni nie może się wyplatać. Wszechobecne jest poczucie, że jeszcze po pierwszej wojnie nie ukonstytuował się stabilny świat, a już znowu czuć niepokój, aurę apokalipsy. Berlin tych lat ma klimat przypominający trochę chwilę przed eksplozją.

Gdzie w tej ponurej rzeczywistości miejsce dla kabaretu?

Nasuwa mi się metafora ćmy lecącej do ognia. To doskonale pasuje do klimatu kabaretu, który staje się ucieczką od rzeczywistości dnia codziennego, od rodzącego się faszyzmu. Tam póki co można tę rzeczywistość jeszcze wyśmiać, uciec w zabawę. Można się w tym zatracić. Dostrzega się desperacką potrzebę czerpania z życia, bo wszyscy czują, że za chwilę właśnie to życie zacznie być reglamentowane, że jest zagrożone. To jest jak zabawa na Titanicu.

Jak działanie w amoku.

Tak, to dobre określenie. To rodzaj jakichś zbiorowych, trochę histerycznych zachowań, gdzie pękają zwyczajowe podziały na wytworny świat i półświatek, na to, co wyrafinowane i tandetne, na wartość i brak wartości. Wszystko zaczyna się kotłować, a kabaret ze swojej natury jest soczewką - im trudniejsze czasy, tym ma większą pożywkę. Berlin - początkowo oglądany z perspektywy młodego człowieka, Clifforda, który przyjeżdża z innej kultury - jest przerażający i fascynujący, zepsuty i zniewalający, kuszący. Ta mieszanina doznań sprawia, że atmosfera pulsuje, wszystko jest napięte do granic.

Zdecydował się Pan mówić o bardzo trudnych kwestiach.

Tak, ale ogromnym atutem musicalu jest to, że najtrudniejsze tematy ujmuje w sposób właściwy swojemu gatunkowi - może mówić o rzeczach istotnych w niekoniecznie śmiertelnie poważny sposób. Nasz „Cabaret" mówi o przerażającej rzeczywistości, ale jednocześnie pokazuje, że można ją wyśmiać, wykpić, przynajmniej na moment ją pokonać, zapanować nad nią. To bardzo ważne, że stylistyka takiego gatunku jak musical daje możliwość barwnego mówienia o tematach dość ponurych. Wszystko opowiedziane jest w sposób atrakcyjny, z ogromnym poczuciem humoru, bo humor jest orężem w walce ze złem świata, na które nie ma w nas zgody.

W tym aspekcie na pierwszy plan wysuwa się postać konferansjera.

Tak, on jest kreatorem rzeczywistości - nie tylko wieczoru kabaretowego, który ktoś musi poprowadzić, być mistrzem ceremonii. Konferansjer jest również tym, który z ogromną ostrością widzi to, co się dzieje i opowiada o tym językiem teatru rozrywkowego. To trochę ktoś taki jak dawniej błazen - mądry komentator, który przybiera kuglarską maskę, kabaretowe pozy.

Kto go zagra?

Łukasz Mazurek.

To bardzo wyrazisty aktor. Wydawałoby się, że stworzony do tej roli.

Tak, wrażliwy i utalentowany aktor o wyrazistej ekspresji. Dobrze śpiewa, świetnie się porusza, ale przede wszystkim to jest osobowość, co jest niezmiernie ważne przy tej roli. Myślę, że stworzy interesującą postać.

Na tle ponurej, niepewnej rzeczywistości rodzi się uczucie - między Sally i Cliffordem.

Miłości są dwie i one właśnie są pierwszymi „ofiarami faszyzmu". Rodzi się potwór, który będzie przemysłowo zabijał ludzi, a póki co zniszczył właśnie te dwie miłości. To świetnie obrazuje tę grozę w bliskim każdemu z nas wymiarze - te pierwsze ofiary mówią, że oto rodzi się świat okrucieństwa, a nie miłości. Brzmi to może naiwnie, ale jest w tym głębsza myśl. Nie mamy tysięcy krwawych ofiar, ale jesteśmy wystarczająco przerażeni, że w tym świecie nie ma miejsca na miłość. To jest bardzo piękne, bo daje ogólniejszą metaforę, jednocześnie nie epatując widza okrucieństwem - mówię o okrucieństwie świata.

Przeżycia jakich emocji życzy Pan widzom?

Dość charakterystyczne dla recepcji tego musicalu jest to, że zaprzyjaźniając się z postaciami, widz musi podjąć decyzję: czy będzie mu bliżej do kogoś, kto zostanie w tym mieście, czy do tego, kto z Berlina ucieka. I jeden i drugi przykład wbrew pozorom jest dość dramatyczny wyborem, ale przynajmniej mamy możliwość sami opowiedzenia się po stronie decyzji któregoś z bohaterów. To trochę tak jakbym bym dyrektorem kabaretu: bardzo chciałbym, żeby widzowie fantastycznie się bawili, a jednocześnie chciałbym ich ostrzec, żeby nie zapominali o tej rzeczywistości, którą zostawiliśmy za drzwiami.


Rozmawiała Agnieszka Wojciechowska
"OK!Magazyn", marzec 2015