Zaskakujący spektakl

12.01.2016

 

W sobotę (12 września) szłam do teatru pełna obaw po zapowiedzi, że przedstawienie „Niebezpieczne związki" w reżyserii Michała Siegoczyńskiego jest jedynie inspirowane powieścią o tym samym tytule, autorstwa Pierre'a Choderlosa de Laclosa. Przypomnę zatem: utworowi (w formie listów bohaterów), który ukazał się niemal tuż przed wybuchem rewolucji francuskiej, towarzyszyła opinia skandalu obyczajowego (z miejsca okrzyknięto powieść niemoralną). Główna bohaterka, owdowiała markiza de Merteuil, kocha być kochaną, więc kolekcjonuje licznych kochanków. Nie znosi jednak porażek, zwłaszcza kiedy mężczyzna jest obojętny na jej seksualne awanse albo ją samowolnie porzuca. Wówczas, z zemsty, jest gotowa na wszystko. A właśnie spotkało ją pasmo klęsk, zaplątuje więc sieć z intryg, by zwyciężyć. I to się jej poniekąd udaje, choć bezwzględnie niszczy życie kilku osób. Ostatecznie zostaje na placu boju sama, w dodatku oszpecona przez chorobę. Po szczegóły odsyłam (tak zrobili aktorzy) do Wikipedii, uprzedzając jednak, że streszczenie powieści jest powierzchowne i niekompletne. A znajomość powieści jest niezbędna, aby zrozumieć, o co w tym przedstawieniu naprawdę chodzi.
Michał Siegoczyński wyprowadził „z materiału" zaskakujący spektakl. Uwspółcześnił akcję, przenosząc ją do Hollywood, do wytwórni filmów pornograficznych, w środowisko gwiazd tej „kinematografii". Główna bohaterka (Katarzyna Dorosińska) to bizneswoman, która marzy o wyprodukowaniu filmu porno, ale ma to być filn o prawdziwej miłości we wszystkich jej odcieniach. XVIII-wieczna powieść wydaje się jej wymarzoną kanwą scenariusza, ona sama ma mentalność hrabiny de Merteuil, a nawet ksywkę „Markiza" (uwielbia ciasteczka o tej nazwie), więc praca nad filmem, który ma jej przynieść sławę, nagrody i oczywiście kasę, przypomina atmosferę Paryża sprzed rewolucji francuskiej.
Wszystkie postaci noszą nazwiska bohaterów z powieści. Jest Cecylia, debiutantka w filmach porno (Magdalena Placek), sprowadzana na złą drogę i przez mężczyzn, i przez Markizę (zabawna scena „korporacyjnej" uroczystości z okazji debiutu). Nie może braknąć de Valmonta (Konrad Korkosiński), który z nudów daje się uwodzić Markizie, ale zakochuje w pobożnej madame de Tourvel (Maria Gudejko), oraz kawalera Danceny (Wojciech Wachuda), który wprawdzie kocha Cecylię, ale ostatecznie daje się zdeprawować Markizie. Danceny'ego gra mocno wyliniała gwiazda filmów porno, która usiłuje odzyskać straconą pozycję zawodową.
Wartka akcja rozgrywa się na trzech płaszczyznach: za ścianą z pleksy, przed widownią, gdzie aktorzy nie są postaciami z filmu i opowiadają o swoim prywatnym życiu, oraz na ekranie w głębi sceny, na którym prezentowane są kolejne kardy filmu, nakręcanego przez Operatora Kamery (Jakub Kryształ). Jest pomysłowa choreografia, czasem odrobinę dziwaczne kostiumy, udana charakteryzacja oraz dobra muzyka (po raz kolejny, po „Cabarecie", możemy posłuchać pięknego głosu Magdaleny Placek). Najbardziej mnie urzekła, jeśli tak można określić stosunek do „suki" (to cytat!), postać Markizy, którą wykreowała Katarzyna Dorosińska, a do gustu przypadło zawrotne tempo akcji, przenoszącej się dynamicznie ze świata fikcji w świat realny. Mile zaskoczyła dojrzałość sceniczna młodego zespołu. Oba światy są malowane grubą kreską. Bywa więc i śmiesznie, i strasznie. Niestety, ni w ząb nie wyznaję się na porno-kinematografii, zatem nie umiem ocenić, jak film Markizy rysuje się „na tle". Na pewno w przedstawieniu nie oszczędza się żadnych tematów, żadnych świętości. Mamy miłość i nienawiść, krew, łzy, narkotyki, zapłodnienie in vitro, wiarę i egzorcyzmy, wulgaryzmy oraz niepoprawną polszczyznę. No i seks, dużo seksu (bez golizny, ale przekonująco). Ale mamy także samotność bohaterów. I zaskakujące zakończenie. Pomysłowość twórców przekracza moje umiejętności pisarskie, po prostu trzeba to zobaczyć.
Naprawdę jestem ciekawa, jak inscenizacja M. Siegoczyńskiego zostanie przyjęta. Już wiem, że wzbudza skrajne opinie (młodzi - także duchem - są za, nieco starsi mają tzw. uczucia mieszane, a są i tacy, którzy przedstawienie potępili w czambuł), a spodziewam się nawet lekkiej zadymy.
Żałuję jednego - pod natłokiem różnorodnych efektów, gagów rozmyła się opinia reżysera, który w TV Dami tłumaczył, dlaczego sięgnął po uwspółcześnienie akurat tej powieści. Pokazano w niej znudzony świat francuskich arystokratów, którzy wymyślają zabawy niosące za sobą czyste zło, choć za oknami pałaców czai się realny, okrutny przewrót, który zmieni ustrój państwa. Dziś powinniśmy stawiać inne pytania. Co w naszym świecie naprawdę kryje mroczna strona duszy? Co się dzieje, kiedy przestaje bawić seks, narkotyki, pieniądze, sława czy rządzenie rozumiane jako układanie świata coraz powolniejszego władzy (w korporacjach, małych i większych firmach, w polityce?). Dlaczego poszukiwanie prawdziwej miłości, która mogłaby stać się antidotum na brudy świata coraz częściej kojarzy się z klęską?
I spektakl stawia te pytania, choć... nie jestem pewna, czy bez solidnej znajomości literatury, bez wszechstronnej wiedzy o popkulturze (inscenizacja roi się od cytatów) odpowiedź na nie jest możliwa. Odczytywanie tego spektaklu „na wprost" nic nie da, zobaczymy tylko wypaczony obraz świata. Dlatego na koniec przypomnę wypowiedź Jana Englerta, którą usłyszałam przy okazji licznych imprez z okazji 250-lecia narodowego teatru w Polsce: „Teatr nie ma pouczać, ma wzbudzać emocje i zmuszać do myślenia".

Krystyna Kasińska
"Miesięcznik Prowincjonalny", nr 5/2015 (152)