Zemsta jest słodka

11.10.2011

 

Czym jeszcze można zaskoczyć, przedstawiając na scenie klasykę polskiej komedii? Reżyser Krzysztof Babicki w radomskim teatrze widocznie nie chciał Papkina, za przykładem innych, umieszczać w przestrzeni Nowego Jorku. Tym razem brak urozmaicania na siłę wyszedł nam wszystkim na zdrowie. Fredry nie należy jeszcze bardziej przystrajać.

Jednym z ważnych atutów sztuki jest jej dynamizm. Znajduje on potwierdzenie w świetnych kreacjach aktorskich. Ponad wszystkimi prym wiedzie Papkin (Janusz Łagodziński) - zmienny w zależności od sytuacji: kapryśny jak pogoda, dumny jak paw, ale jednocześnie tchórzliwy i nieuczciwy. Jest miły i pokorny względem Cześnika, wobec Wacława początkowo apodyktyczny, wobec jego pieniędzy całkowicie podporządkowany. Odtwórcy Klary i Wacława grają o tyle gorzej, o ile lat mniej mają od pozostałych, ale nie razem wziętych... Wspólnie aktorzy tworzą imponującą panoramę znacznie mniej imponujących zachowań charakterystycznych w polskiej (szeroko pojętej) kulturze. Z pozoru wyidealizowane postaci Klary i Wacława nie są w swym postępowaniu wolne od nieuczciwości. Natomiast nieustępujący od swych przyzwyczajeń i zasad Rejent oraz Cześnik za nic w świecie nie chcą słyszeć o zgodzie, a zakopanie wojennego topora nie wchodzi w grę. Paradoksalnie wszystkim zależy na tym, aby dopiec drugiemu i postawić na swoim, a im większa dla przeciwnika strata, tym smak zemsty słodszy... podobno.

Scenografia została skonstruowana według wszelkich zasad skromności. W niektórych przypadkach jest to wskazane, ale tym razem łóżko (nawet duże), biurko czy ambonka, to trochę za mało jak na szlacheckie "apartamenta". Może scenograf doszedł do wniosku, że nie jest ważne, przy jakim meblu Dyndalski (w tej roli niezawodny, klasyczny w swej sztuce Włodzimierz Mancewicz) pisze list do Rejenta. Dla sukcesu sztuki istotne jest żywe słowo Fredry. Mistrzowsko skonstruowane dialogi zabawnych, nie tylko językowych, dwuznaczności są "miodem na uszy" dla każdego, nawet najbardziej wymagającego sympatyka teatru i - o dziwo - wywołują właściwe reakcje u bardzo wymagającego widza, jakim jest dzisiaj niejeden młody człowiek.

Muzyczna strona spektaklu jest, tylko nie wiadomo, jak ją interpretować. Poza egzotycznie brzmiącymi dźwiękami na początku, które wydają się nie współgrać, reszty praktycznie się nie zauważa, nie słyszy.

Jak na komedię przystało, wszystko kończy się szczęśliwie, a przynajmniej takie powstaje wrażenie. W scenie finałowej, trochę pod przymusem, wrogowie się godzą, bo nie mają innego wyjścia. Kochankowie nie pamiętają już swoich zdrad, wszystko zaczynają od nowa. Tylko czy sporny mur nie będzie już dzielił? A może stanie się fundamentem do kolejnych waśni?

Diana Tomaszewska
Teatralia Radom
6 października 2011