Życie to banalny skecz...

04.01.2012

 


"Życie to banalny skecz ... " śpiewał Jacques Brel, lecz to właśnie ono staje się kanwą dla twórczości różnych artystów. Dwie najnowsze premiery w radomskim teatrze ukazują odmienne spojrzenia na otaczający nas świat.

Dramat "Czego nie widać" Michaela Frayna jedni zaliczają do komedii, inni do farsy (poparłabym raczej tych drugich). Farsa śmieszy, gdy jest dobrze napisana, dobrze zagrana i ma wartkie tempo. Wszystkie te cechy da się zauważyć w radomskiej inscenizacji przygotowanej przez Tomasza Dutkiewicza, więc śmiech staje się gwarantowanym bonusem.
Często grywana w Polsce trzyaktówka jest kpiną j z teatru, i z ludzi. Pierwszy akt pokazuje próbę generalną, podczas której wychodzą z aktorów różne niedostatki charakterów. A to nadmiar dobrego zdania na własny temat (każdy czuje się tu gwiazdą), a to skrywanie prywatnych układów damsko-męskich, a to słabość do alkoholu. Drugi akt odkrywa kulisy spektaklu - oparty na mimice i geście staje się wizualnym komentarzem do poznanej właśnie fabuły. To chyba najtrudniejszy fragment przestawienia, ale też bardzo zabawny. Trzeci akt to pożegnalny spektakl gdzieś na prowincji. W zawodowym slangu nazywa się go "zielonym". Tu wszystkie chwyty są dozwolone: nieoczekiwane kwestie, nieplanowane sytuacje mają "ugotować" kolegów lub sprawdzić ich refleks i rozbawić widzów. Ostatnie przedstawienia, niezbyt lubiane przez dyrektorów i reżyserów, bywają więc szalenie atrakcyjne. W "Czego nie widać" potknięć na granicy absurdu jest tyle, że rozbawią nawet największych ponuraków.
Trzeba przyznać, że fizyczna kondycja zespołu jest imponująca, skoro wszyscy dają sobie radę z szaleńczą zmianą sytuacji scenicznych. Najbardziej podobali mi się Patrycja Zywert i Włodzimierz Mancewicz. Grana przez Zywert Dotty jest osobą nieprzytomną (nieustannie zapomina o rekwizytach), aktorką średniej klasy, ale związek z reżyserem daje jej pewność siebie. Selsdon ma wprawdzie niewielkie zadania aktorskie, ale Mancewicz, obudowując je gestem i pozami rodem z Szekspirowskich tragedii, śmieszy do łez. W dodatku Selsdon ma wyraźny i znany pociąg do butelczyny, więc pilnuje go cały zespół. Wojciech Wachuda bardzo dobrze wczuł się w rolę Reżysera (po raz pierwszy rozumiałam każde słowo!), który musi "doglądać" niektórych przedstawień, ale niesnaski w zespole niewiele go obchodzą. Uwikłany w romans z dwoma kobietami (trzecia się w nim podkochuje) zręcznie lawiruje, a tak naprawdę zajmuje go przedstawienie Szekspira, które realizuje w Londynie, bo marzy o wyrwaniu się z prowincji. Opisuję dokładniej trzy role, ale to nie znaczy, że pozostałe są słabe. Wszyscy grają przyzwoicie, bo przedstawienie jest kolejnym dobrym spektaklem zespołowym poprowadzonym przez Dutkiewicza. Zatem i Jarosław Rabenda (Garry), i Natalia Rzeźniak (Brookes), i Karolina Łękawa (Poppy), i Michał Górski (Frederick), i Karolina Michalik (Be-linda) i Marek Braun (Tim) zasługują na uwagę.
Gdybym się miała przyczepić, to do antraktu poprzedzającego III akt. Dowcip z drugiego aktu sztuki powtarzany bez przerwy na początku bawi, potem już tylko nuży. Na pewno jednak warto farsę polecić, choć - jak wiadomo - entuzjastką fars nie jestem.

Z mniejszym zapałem, ale poleciłabym również "Kontrabasistę", monodram przygotowany przez Michała Górskiego pod kierunkiem Zbigniewa Rybki. Ironiczny, gorzki monolog opowiada historię ambitnego muzyka. Samotny mężczyzna ma o sobie nie najgorsze zdanie, ale... Nie gra solówek, siedzi w ostatnim rzędzie orkiestronu, więc nikt go nie zauważa, nie traktuje serio. Nie ma przyjaciół, nie ma także szczęścia do kobiet i w dodatku jest beznadziejnie zakochany w młodej i pięknej śpiewaczce operowej. Zostają mu więc tylko marzenia w czterech ścianach domu i towarzystwo kontrabasu, przypominającego starą, grubą babę. A jest przecież i niewolnikiem, i miłośnikiem instrumentu.
Tekst Süskinda (i straszny, i śmieszny) stawia przed aktorem duże wyzwania warsztatowe. Grę Michała Górskiego określiłabym jako zadowalającą, ale tak jak po obejrzeniu "Zemsty", dodałabym: bez scenicznego żaru, który po-zwala widzom oglądać nawet znany spektakl z zapartym tchem.
Aktor sięgnął bowiem po tekst dobrze znany dzięki kreacji Jerzego Stuhra, który z sukcesem pokazuje monodram od 1985 r. To spora odwaga, nawet przy założeniu, że w Radomiu niewiele osób pamięta Stuhra, którego interpretację roli trudno będzie przebić. Mimo to warto posłuchać kilku refleksji o kondycji człowieka, świecie, samotności.

I na zakończenie. W listopadzie 1981 r. w radomskim WIK-u (wydawanym przez Bibliotekę Wojewódzką protoplaście "Miesięcznika Prowincjonalnego") ukazał się mój pierwszy tekst o radomskim teatrze, który otworzył mi drogę do dziennikarstwa. Minęło zatem 30 lat towarzyszenia radomskiej scenie, repertuarowym wizjom kolejnych dyrektorów oraz reżyserów, realizującym je aktorom. Czas najwyższy oddać łamy młodemu pokoleniu dziennikarzy i podziękować pani dyrektor Annie Skubisz-Szymanowskiej za współpracę, Czytelnikom za cierpliwość. Teatrowi (dyrekcji i całemu zespołowi) życzę pomyślności oraz życzliwości kolejnych samorządów. I wciąż mam nadzieję, że kiedy znów zajrzę na internetową stronę Teatru Powszechnego im. Jana Kochanowskiego w Radomiu, znajdę tam wreszcie cały, także archiwalny repertuar, bo nasza scena może się pochwalić wieloma spektaklami.

Krystyna Kasińska
"Miesięcznik Prowincjonalny" Nr 6 (129) 31

 

fot. M. Strudziński